Sweetwater

Było ich trzech.
I trzy wozy zapakowane skromnym dobytkiem. Jedna krowa. Stadko kur. Dwoje z nich miało żony, trzeci w kieszeni marynarki trzymał biblię. Wyruszyli na południe szukać lepszej przyszłości.
Znaleźli ją na żyznych ziemiach u wybrzeży Watugi.
Szybko dołączyli do nich inni. Wspólnymi siłami wybudowali pierwsze domostwa. Szopy. I kościół, serce ich społeczności. Sprowadzony z daleka dzwon rozbrzmiał po raz pierwszy w 1803 roku - wtedy poczuli, że są w domu.
Pierwsze lata nie były tak spokojne jak mogli sobie tego życzyć, jednak w końcu udało im się przegnać Indian na drugi brzeg rzeki. Pola zboża, kukurydzy i bawełny zaczęły się rozrastać - a z nimi rosło w siłę miasteczko. Klepisko na ulicach zostało zastąpione brukową kostką, wybudowano pierwszy saloon. Jeden założył czapkę szeryfa, drugiego wybrano burmistrzem, kobiety coraz częściej organizowały festyny i parady. A pola zapełniały się czarnymi niewolnikami, świadczącymi o dobrobycie.
Tylko od czasu do czasu jeden z czerwonych zapędzał się nie tam gdzie trzeba - i po raz kolejny należało pokazać im swoje miejsce.

Gorączka złota przyszła z zachodu w 1858. Z pobliskich gór coraz częściej spływały migoczące kawałki, przez naiwne oczy uznawane za najcenniejszy z kruszców. Postanowili więc zacząć kopać. Zebrali najsilniejszych mężczyzn i najbardziej rosłych niewolników, choć ci zaczęli dopominać się o swoje prawa, mamieni słodkimi obietnicami płynącymi z północy. Jednak w Sweetwater nikt nie przejmował się wielkim światem.
Po co im wielki świat - skoro pod ich stopami leży skarb tylko czekający na odnalezienie?

Kopali uparcie przez lata. Najsilniejsi mężczyźni i najbardziej postawni niewolnicy - właśnie w kopalni zastała ich wieść, że wybuchła wojna. Był rok 1861 a naród, który wspólnie miał gwarantować wolność i dobrobyt wszystkim (białym) rozpoczął bratobójczą walkę. Sweetwater wybrało swoją stronę, właściwą stronę i pożegnało swoich słodkich chłopców, dzielnie deklarujących chęć oddania życia za Konfederację.
Większość z nich obietnicę dotrzymało.
Kiedy tereny dookoła płonęły, a pola zalewały się krwią poległych, w samym Sweetwater doszło do innej tragedii. Obietnica złotej przyszłości zatrzęsła się w posadach. Wybuch pogrzebał pod gruzami dwudziestu najsilniejszych mężczyzn.
Niewolnicy uciekli wcześniej.

Świat w 1865 roku wyglądał więc zupełnie inaczej.
Farmy, niegdyś kwitnące, zarosły chwastami. Czyste uliczki pokrył kurz. Młode małżonki przedwcześnie owdowiały, matki musiały pochować własnych synów.
Kiedy okazało się, że największą krzywdę potrafi wyrządzić brat bratu, nawet czerwonoskórzy zza rzeki zaczęli wyglądać jakoś przyjaźniej.

Dzwon kościelny bił jednak na tyle długo i na tyle głośno, że podnieśli się z kolan. Pola wykarczowali i zasiali na nowo. Drogę do kopalni zamknęli, chociaż marzenia o ukrytym złocie do dzisiaj mamią żądnych bogactwa. A w skromnych progach swoich domów witali przybyszów z południa i północy, oferując spokojne życie oraz godne wynagrodzenie za ciężką pracę.

Wspólnie, przetrwali.

Być może pomogła whiskey. Złoty trunek bogów, nigdzie indziej nie smakujący jak tu. Może to sekret żyznej ziemi i słodkiej wody pobliskiej rzeki, może receptura przekazywana z pokolenia na pokolenie? Najpierw podbiła serca mieszkańców, później przejezdnych gości. W końcu postanowiono, że zasługuje na nią cała Ameryka.

W 1903 roku założono rozlewnię złotego trunku. A Sweetwater rozpoczęło kolejny etap swojej historii.

Na kamiennych uliczkach zmorzył się ruch, obwoźni sprzedawcy przestali traktować miasteczko jedynie jako przystanek na dalszej drodze - a cel. Wkrótce zakupiono samochód z logiem rozlewni, w tym samym roku miastowi po raz pierwszy zebrali się w ratuszu by na lnianym ekranie obejrzeć ruchome obrazy.
A wszystkie pola zaczęto siać kukurydzą, nikt już nie potrzebował zboża czy bawełny.

Kiedy na wielkich statkach miejscowi chłopcy wracali z Wielkiej Wojny, pierwszej tak krwawej (obiecywali, że ostatniej), na te same statki pakowano zastęplowane miejscowym logiem butelki whiskey. To, co wytwarzane w Sweetwater trafiać miało nie na rodzime stoły, a za dalekie granice, często aż do Europy.

Pastor z ambony wychwalał zalety prohibicji, by napić się szklaneczki złocistego trunku nalewanej pod stołem podczas rodeo. Wiele rodzin właśnie wtedy dopracowało do perfekcji przepisy na nalewki i samogony domowej roboty.

Kiedy w 1933 roku prezydent Roosevelt zniósł martwe prawo zdecydowano o zwiększeniu produkcji tak wytęsknionego trunku - powstało przedsiębiorstwo kukurydzy, miejscowy klejnot. Pięć lat później dumny burmistrz ogłosił nadanie Sweetwater praw miejskich. Rozpoczęły się złote czasy.

Matki przez kilka lat obgryzały paznokcie, posyłając na kolejną Wielką Wojnę swoich synów. I znowu przyszło im chować własne dzieci. Obok rozrastających się cmentarzy rosły wielkie, przemysłowe budynki. Na samym początku fabryka amunicji, tak potrzebna w ciężkich czasach. A kiedy głośno przyszło obwieścić amerykańskie zwycięstwo światu, broń zastąpiły części do samochodów. I jeszcze więcej alkoholu.

Kamieniste uliczki pokryły się asfaltem, przedmieścia pięknymi, rodzinnymi domkami a stoły zapełniły jedzeniem. W powietrzu unosił się słodki zapach pieczonego ciasta. Coraz więcej wędrowców poszukujących spełnienia swojego amerykańskiego snu odnajdywało dom w Sweetwater. A kiedy zza rzeki zaczęli przychodzić Indianie, nikt nie protestował. Potrzebowano rąk do pracy.

Szkoda, że nawet Amerykański sen musiał się kiedyś skończyć. Szkoda, że wielki świat prędzej czy później musiał wyciągnąć swoje łapy nawet po Sweetwater. Kiedy na giełdach w miastach pełnych drapaczy chmur obwieszczano załamania gospodarki, przemysłowe budynki powoli pustoszały. Samochody odjeżdżały, nadaremnie szukając miejsc nie naruszonych przez kryzys. Zostali tylko miejscowi.

Ci, do których Sweetwater należało od samego początku.

W nowe millenium weszli biedniejsi, ale szczęśliwi. Uczcili je wyborem dobrego burmistrza, Williama Westwooda, twardą ręką sprawującego urząd po dzień dzisiejszy. I wybornym rodeo, tradycją miasteczka od niemal początków jego istnienia.

Niestety, niektóre tradycje odejść muszą do lamusa. Tak zdecydowała rada miejsca kiedy w 2014 roku zdarzył się tragiczny wypadek. Młoda, pełna uroku córka McKeehanów zmarła w skutek obrażeń odniesionych podczas jednego z szumnie świętowanych rodeów. Zakazano ich organizacji ze skutkiem natychmiastowym.

Stare tradycje ciężko jednak zabić - więc do dzisiaj entuzjaści adrenaliny spotykają się w sobie tylko znanych miejscach. Za każdym razem uciekając przed stróżami prawa.

Jak w każdym mieście, gdzie wszyscy znają się od pokoleń, waśnie sąsiedzkie trwają długo i zacięcie - ale kiedy zdarza się tragedia, niesnaski odkłada się na bok by ramię w ramię. Jak rok temu, kiedy w miasteczko niespodziewanie uderzyło tornado. Szczęśliwi przyjeli poszkodowanych pod swoje dachy, by wspólnie postawić na nowo zawalone stodoły i stadniny.

A to wszystko przy dźwiękach kościelnego dzwonu.

sweetwater.pl

Komentarze

  • Brak komentarzy
Dodaj komentarz