Rosemoor High School

W miasteczkach tak małych, nierealnie odciętych od reszty świata jak Rosemoor, szkolne bale były nie lada wydarzeniem. Brak klubów i dyskotek gotowych wpuścić pod swoje dachy nastolatków z podrobionymi dowodami sprawił, że uczniowie Rosemoor High znaleźli swój własny sposób na zabłyśnięcie wśród społeczności. Kiedy przychodził czas potańcówek, znaczna grupa młodzieży gotowa była wypruć sobie żyły, byleby tylko zaprezentować się z jak najlepszej strony - wymyślne stroje, idealne fryzury, nieskazitelne uśmiechy. Partner do tańca miał znać kroki, a torebka bądź wewnętrzna część kieszeni garnituru miała pomieścić wszystko, co niezbędne dla dobrej zabawy.
Sophie Redson, oczywiście, zaliczała się do tej grupy.
Odkąd rozpoczęła edukację w szkole średniej, nie istniała siła, która powstrzymałaby ją przed zostaniem najjaśniej świecącą gwiazdą. Gotowa była walczyć o tytuł królowej tylko po to, by wraz ze tiarą na jej blond czuprynie, spoczęły na niej oczy wszystkich uczniów i kadry szkoły. Tanecznym krokiem, świecąc białymi jak perełki ząbkami, poruszała się po parkiecie zaczepiając znajomych oraz przyjaciół, a także wrogo nastawione wobec niej jednostki. Tych drugich nie miała zamiaru raczyć przyjemną pogawędką, słowa ociekały jadem i nienawiścią. Nie liczyła się uprzejmość - ważniejsze było to, by jej imię znalazło się na językach wszystkich, by jej obecność wypełniła każdy kawałek pomieszczenia. Osiemnastego kwietnia nie było jej jednak na barwnie przyozdobionej sali, gdy Bal Wiosenny trwał w najlepsze. Pochłonięci zabawą nastolatkowie, zatraceni w tańcu i rozmowach, nie zauważali jej zniknięcia. A szkoda, bo może wtedy, gdyby dostrzegli brak tak typowego dla szkolnych przyjęć szczegółu, unikniętoby największej tragedii w historii szkoły, może nawet całego miasta.
W rytmie wiatru, który leniwie poruszał liśćmi klonu na rozłożystych drzewach, na dachu najwyższego ze szkolnych budynków, zatrzepotał materiał błękitnej sukienki. Niedługo potem, ciało dziewczyny spotkało się z betonowym chodnikiem, który znajdował się dwanaście metrów niżej. Srebrną tiarę, przyozdobioną malutkimi kryształkami, zabrudziła krew z rozbitej głowy. Pełen przerażenia okrzyk obściskującej się nieopodal pary, poprzedzony gruchotem pękających kości, zakłócił przyjemną, wieczorną ciszę.
Później było już tylko wycie syren alarmowych, przechodzące w płacz i rozpaczliwe łkanie, a także słowa wypowiadane półszeptem, nasycone zaskoczeniem. Niebiesko-czerwone światło zalewało szkolny parking, z sylwetek przerażonych uczniów i nauczycieli tworząc karykatury.
Kiedy medycy z miejscowego szpitala, tuż po stwierdzeniu zgonu, pakowali ciało drobnej blondynki do czarnego worka, w tle, ze znajdującej się nieopodal sali gimnastycznej, nadal sączyła się muzyka.

'Cause wherever you go, wherever you go
With the devil you know you never alone
But it’s better to know the devil you know
Than the devil you don't

Jako powód śmierci podano samobójstwo, co było zaskoczeniem dla wszystkich.
Sophie nigdy nie sprawiała wrażenia osoby, która mogłaby targnąć się na swoje życie. Ze swoją żywą osobowością i nieschodzącym z ust uśmiechem, wydawała się być odporna na wszelkie przeciwności losu. Nawet ze wszystkich zwad i konfliktów - a było ich co niemiara! - wychodziła obronną ręką, utrzymując swoją reputację oraz wianuszek adoratorów. Nigdy nie brakowało jej niczego - pieniędzy, planów na przyszłość, przyjaźni, miłości. W całej szkole nie było osoby, która nie kojarzyłaby nazwiska Redson oraz tej ślicznej twarzyczki - Sophie znajdowała się zawsze w centrum uwagi, pławiąc się w niej zupełnie jak gwiazda w świetle reflektorów. Nawet tamtego dnia, zaledwie parę godzin wcześniej, świeciła niczym diament w koronie, kiedy z dumą przyjmowała tytuł królowej balu.
Idealna. Nietykalna.

Miasto pogrążyło się w żałobie na długie miesiące.
W Rosemoor takie rzeczy nie działy się często. Śmierć kojarzono ze starością czy poważną chorobą, ewentualnie niefortunnym wypadkiem. Nie z samobójstwem. Dla mieszkańców, tak cudownie przyzwyczajonych do małomiasteczkowego spokoju, był to ogromny szok. Szczególnie, że życie odebrała sobie ostatnia osoba, którą by podejrzewano o myśli samobójcze.
W związku z tym, prędko zaczęto szeptać i rozmyślać o tym, że Sophie wcale nie targnęła się na swoje życie, a ktoś zrobił jej krzywdę - zepchnął z dachu z premedytacją, a teraz ukrywa się między mieszkańcami. W uspokojeniu domysłów nie pomagał fakt, iż policja sprawdzała ślady jak przy morderstwie, prowadząc jednocześnie dokładne przesłuchania i zwiększając swoją czujność. Wątpliwości oraz knowania pielęgnował strach, zakłócając spokój ducha praktycznie każdego mieszkańca Rosemoor.
Jednakże, jak to mówią, czas leczy rany i tak było też w przypadku owego wydarzenia. Sprawę w policji zamknięto, Redsonowie zniknęli z języków mieszkańców. Zanim rozpoczął się kolejny rok szkolny, nastroje się uspokoiły, a także pojawiły się nowe, ciekawsze tematy do rozmów - skąd Colbertów było stać na nowe auto? Megan zaszła w ciążę i nie jest pewna, kto jest ojcem? - zupełnie jakby Sophie nigdy nie istniała.
Wtedy, kiedy na nowo wszyscy zaczęli czuć się bezpiecznie w Rosemoor, pojawił się w Internecie blog. Nie był to blog zwyczajny ani normalny, a jego autorka… przemawiała zza grobu.
Sophie Redson powróciła z pragnieniem zniszczenia każdej osoby w mieście, która jej podpadła.

smilebitches.jcink.net

Spojrzała krzywo na Bucky'ego kiedy wspomniał o tym, że to ona powinna się podładować. A wystarczyłoby, że z kogoś by wyssała trochę energii, tudzież z windy, przejeżdżającego samochodu, czy dwóch lejących się po mordach kretynów. Nic nie powiedziała, bo akurat kończyła rozmowę ze Storm. A zaraz potem oddzwonił Thor.

- Rozmawiałam ze Storm. Szkoła została zaatakowana przez jakieś kosmiczne robale. Dwa zniszczyli, za trzecim poleciał Stark. A Thor powiedział, że ten cały Mistrz zaatakował ich w Stark Tower i mają tam jakichś magów, którzy pracują nad sprawą. Podobno nawet oddział z Asgardu się zjawił. Mam nadzieję, że ten Mistrz też jest wrażliwy na światło, bo chętnie wepchnęłabym mu w gardło cały wagon granatów błyskowych.

Padła na kanapę obok Steve'a i przymknęła oczy, powtarzając sobie w myślach, że jeśli przeżyje, to weźmie najdłuższe wakacje w swoim życiu i wyjedzie gdzieś, gdzie nie będzie nikt niczego atakował, no może poza posiłkiem na talerzu.

Niedługo potem jej telefon zadzwonił i odczytała z ekranu wiadomość od Thora. Szybki jest.

- Zamówcie coś do jedzenia dla nas wszystkich i dla Thora - powiedziała wstając i podając swój telefon Rogersowi. - Ostatni numer jaki wybrałam jest do Instytu jeśli chcesz pogadać ze Storm. Pójdę zgarnąć Thora.

Po tych słowach opuściła pokój i zeszła do baru na parterze hotelu. Wypatrzenie Thora nie było trudne, nawet kiedy udawał tego całego Donalda. Sama nie wiedziała czemu akurat wybrał tak niepasujące do niego imię. Bez pytania przysiadła na wolnym krześle naprzeciwko niego. W przeciwieństwie do towarzysza, który wyglądał świeżo niczym szczypiorek na wiosnę, ona miała zgarnięte w kucyk włosy, które po rozpuszczeniu wymagałaby co najmniej godziny traktowania grzebieniem, jej ubranie był wygniecione, a w oczach było widoczne zmęczenie. Rzucał się też w oczy brak jakiegokolwiek makijażu, chociaż to akurat nie był nic niezwykłego w przypadku Carter.

- Tarcza Steve'a? - zapytała, szturchając lekko nogą karton. - Jak bardzo mamy przerąbane? - dodała po chwili, jej oczy wpatrujące się w Thora ze śmiertelną powagą.

Komentarze

  • Brak komentarzy
Dodaj komentarz