Syrenada

   Nocne niebo po burzy zawsze było krystalicznie czyste. Wydawało się spokojne i nieruchome, zupełnie jak ocean, w którym teraz rozlewała się migotliwym blaskiem srebrzysta poświata księżyca. Shaxxi wyciągnęła rękę, marząc, by móc zatopić kiedyś dłoń w tym czarnym bezkresie i dotknąć błyszczących w oddali gwiazd. Uśmiechnęła się lekko, wyobrażając sobie, że noc przelewa się między jej palcami, aż w końcu westchnęła i zsunęła się z dryfujących powoli drewnianych drzwi, zwinnie nurkując pod powierzchnię.
    Wrak zdążył już spocząć na skalistym dnie, więc wreszcie mogła zobaczyć, co czy uda się jej znaleźć w środku coś ciekawego. W przeciwieństwie do swoich sióstr, które zadowalały się wabieniem ludzi na skały, po czym z radosnym chichotem znikały z powrotem pod wodą, by bawić się z konikami morskimi, Shaxxi lubiła przeszukiwać szczątki statków. Oczywiście, syreny nie protestowały, gdy przynosiła im rozmaite błyskotki znalezione na pokładach, lecz równocześnie uważały, iż marnuje czas, a kilka nawet zarzuciło, że daje zły przykład młodszym. Shaxxi jednak nie umiała sobie odmówić tej przyjemności. Była ciekawa. Poza tym, według niej, nie istniał piękniejszy widok niż spoczywający pod wodą statek, nieruchomy i cichy, z poszarpanymi żaglami falującymi lekko w morskich prądach oraz splątanymi linami, zastygłymi niczym w tańcu wokół masztów.
    Ten był duży, tylko tyle potrafiła na jego temat powiedzieć, choć orientowała się, że ludzie budują je na rozmaite sposoby, nadając im odpowiednie nazwy. Shaxxi znała kiedyś marynarza, jedynego rozbitka wyrzuconego przez burzę na skalistą wysepkę. Kiedy po raz pierwszy do niego podpłynęła, zaczął krzyczeć w niebogłosy, po czym poślizgnął się na mokrej od deszczu skale, uszkadzając sobie nogę. Shaxxi śpiewem uspokoiła go i ukoiła ból, a potem dotrzymywała mu towarzystwa, udając, że nie rozumie pytań, czy mogłaby go uratować, podpłynąć z nim do najbliższego lądu. Nie, nie mogła, nie miała takiego zamiaru, jednak wolała, by myślał, iż nie rozumie. Przekonany więc, że syrena nie pojmuje ani słowa, po prostu opowiadał o wszystkim, co dla niego w życiu najważniejsze: jednostce, na której służył, załodze, która zginęła, portach, które odwiedził, a potem o wszystkich statkach, ich rozmiarach, nazwach, rodzajach, o żegludze oraz nawigacji. Aż w końcu skończyły się deszcze, słodka woda przestała zbierać się w zagłębieniach skał i Shaxxi patrzyła jak wargi marynarza wysychają, a jego oczy zachodzą mgłą.
   Gdy umarł, zsunęła go do wody wierząc, że może chociaż ten człowiek, który przez całe swoje życie kochał tylko morze, stanie się jednym z oceanem. Na tyle na ile mogła, pielęgnowała w sobie wiedzę, którą jej przekazał, lecz choć zdawała sobie sprawę, iż istnieje różnica między karawelą a galeonem, nie miała pojęcia, jak je rozpoznać.
    Przepływając zwinnie między splątanym olinowaniem i dryfującymi wokół kawałkami drewna, przedostała się na rufę, zmierzając prosto do kajuty kapitańskiej, gdzie zawsze znajdowała najciekawsze rzeczy. Uchyliła lekko drzwi i zatrzymała się na chwilę.
W środku unosiło się ciało kobiety.
   To kolejna rzecz, która fascynowała ją w ludziach. Mieli takie… stałe powłoki. Każda syrena po śmierci stawała się jednością z oceanem, a ludzkie ciała trwały nawet, kiedy już nie było ich w środku.
   Shaxxi podpłynęła do niej powoli, zaciekawiona. Kobieta zdawała się tonąć nie tyle w wodzie, co w falującym materiale obfitej sukni, ozdobionej licznymi wstążkami, niczym cieniutkie wężyki wijącymi się teraz wzdłuż rękawów oraz gorsetu. Długie włosy rozlewały się wokół jej głowy podobne do morskiej trawy, a Shaxxi, nie mogąc się powstrzymać, przeczesała je delikatnie palcami. Nie wiedziała, jaki miały kolor, podejrzewała jednak, że są czerwone niczym koral. Może trochę jaśniejsze. Jak ogień trawiący maszty i żagle na płonącym okręcie.
    Oczy kobiety wpatrywały się w nią martwym, pustym wzrokiem. Jednak uwagę Shaxxi zwrócił wisior unoszący się nad jej piersią. Widziała wiele błyskotek, lecz nigdy czegoś takiego. Poznaczony czarnymi żyłkami jasny kamień wyglądał, jakby przedstawiał nieruchomy krajobraz, uwięziony w nim na wieki. Shaxxi zadrżała, nie miała pojęcia, dlaczego, ale od patrzenia na niego robiło jej się zimno, a równocześnie nie mogła oderwać wzroku. W końcu ostrożnie ściągnęła łańcuch z szyi kobiety i ściskając go kurczowo w dłoni, wypłynęła na powierzchnię, by móc przyjrzeć się swojemu znalezisku w świetle księżyca.
    Już miała przysiąść na skale, gdy nagle usłyszała cichy jęk. Marszcząc brwi, rozejrzała się dookoła, aż w końcu dostrzegła, że na samym brzegu wysepki najwyraźniej znalazł się ktoś żywy. Westchnęła i zeskoczyła z powrotem do wody, by podpłynąć bliżej.
    Mężczyzna był półprzytomny, błądził dłońmi po kamienistym podłożu, co chwila pojękując cicho. Shaxxi, podpierając się na rękach, wgramoliła się na skały, chcąc przyjrzeć mu się bliżej. Zakładała, że podzieli los jej znajomego marynarza, lecz po krótkich oględzinach dostrzegła, iż w jego boku tkwi kawał drewna, a z rany powoli sączy się krew.
    Czyli jednak nie zostało mu wiele czasu. Dobrze, tak jest lepiej.
    Delikatnie dotknęła jego twarzy, bladej czym płótno, wykrzywionej z bólu. Mężczyzna drgnął i najwyraźniej usiłował skupić na niej zamglony wzrok. Gdy spojrzeniem pochwycił blask wisiora spoczywającego między jej piersiami, jarzącego się blado w świetle księżyca, jego oddech się uspokoił, a na twarzy pojawił się lekki uśmiech.
   - Wil…ma? – szepnął. Shaxxi przekrzywiła głowę, spoglądając na niego ze zdziwieniem. Marszcząc brwi, pogładziła dłonią kamień.
   - Wilma… To ty, prawda? Żyjesz, tak? – wykrztusił.
    Shaxxi przełknęła ślinę, nie wiedząc co powiedzieć. Zrozumiała, że martwa kobieta w kajucie kapitańskiej najwyraźniej była jego ukochaną. Zdziwiła się, jak mógł pomylić jasnofioletowe loki syreny z ciemnym kolorem włosów swojej Wilmy, ale z drugiej strony wydawało się, iż tak naprawdę w tej chwili widział jedynie ten wisior.
    W końcu kiwnęła głową i pogłaskała go delikatnie po policzku.
   - Och, to dobrze – odetchnął z ulgą. – To dobrze… A martwiłaś się, że przyniesie ci pecha.
    Shaxxi wzięła błyskotkę w dłoń, spoglądając na nią niepewnie.
   - Wszystkie twoje przyjaciółki… - ciągnął z wysiłkiem. – Pamiętam, jak mówiły, że noszenie opali to kuszenie losu, a taki, w którym widać zimę… - Zaczerpnął drżącego oddechu. – Teraz się cieszę, że ich nie słuchałaś. Widzisz? Powinienem był sam sobie taki sprawić – spróbował się zaśmiać, lecz jedynie skrzywił się w grymasie bólu.
   - Nie płacz, Wilmo. Nie płacz, kochana. Wystarczy, że ja… – Wyciągnął do niej rękę, a Shaxxi w ostatniej chwili powstrzymała odruch, by się odsunąć. Dopiero, gdy drżącym kciukiem dotknął jej policzka, poczuła, że rozciera coś mokrego. Zdumiona, dotknęła swojej twarzy, zbierając wilgoć na opuszkach palców i wyciągnęła język, smakując słoności łez.
    Zanim zdążyła się zastanowić, pochyliła się nad nim i pocałowała go delikatnie w policzek, po czym przesunęła językiem po wargach.
   Niezwykłe. A jednak ludzie mieli w sobie coś z oceanu…
   - Przepraszam – szepnął przez łzy. – Wybacz, że cię zostawiam. Ale poradzisz sobie beze mnie, prawda?
    Shaxxi kiwnęła głową, po czym, gładząc go delikatnie po czole, zaczęła śpiewać. Wtedy spojrzał na nią, jakby po raz pierwszy widział ją naprawdę, lecz zamiast wpaść w rozpacz, jedynie zamknął oczy, pozwalając, by głos syreny ukołysał go do snu, z którego miał się już nie obudzić.
    Po raz pierwszy w życiu śpiewała płacząc, zaś gdy przestał oddychać, ściągnęła naszyjnik i położyła na jego piersi. Nie potrafiła wytłumaczyć swego smutku, a kiedy zsunęła się z powrotem do wody, ocean jeszcze nigdy nie wydawał jej się tak zimny i cichy.
    Martwy, pomyślała, drżąc mimowolnie.
   Zupełnie jak krajobraz zamknięty w wisiorze.

Anna "Lailerosse" Porębska

artefakty

Additional Info

  • Data publikacji: Piątek, 06 Czerwiec 2014

Komentarze

  • Brak komentarzy
Dodaj komentarz