"Karczemna Gawęda", czyli sesja RPG okiem barda.

Miejsce, w którym użytkownicy forum mogą pochwalić się swoją, szeroko rozumianą, twórczością artystyczną - prozą, poezją, grafiką, śpiewem czy figurkami z plasteliny, a także blogami, portfoliami, galeriami itp.

Postprzez Usko » 4 maja 2013, o 13:16

Witam wszystkich :)

Niedawno, na szóstej z kolei sesji D&D w obecnej kampanii, w której biorę udział, postanowiłem zrobić coś, czego nigdy wcześniej nie robiłem, choć miałem już takie plany. A mianowicie, postanowiłem spisać przygody naszych postaci w formie opowiadania. Przypuściłem, że przez cały czas obserwował nas wędrowny bard i to on, prowadząc gawędę w jakieś karczmie, przedstawia wszystko, ze swojego punktu widzenia. Pisarzem dobrym nie jestem, to jedynie hobby. W każdym razie chciałbym przedstawić Wam pierwszy rozdział mojej pracy, acz najpierw przedstawię jego bohaterów.

-Sławek Grunge: prowadzony przeze mnie krasnolud wojownik,
-Milo Herbaciński: niziołek tropiciel,
-Anneroth: elfia czarodziejka,
-Grump: człowiek bard.

Wraz ze znajomym mamy tendencję do wymyślania nietypowych imion postaci, tak na marginesie.

No dobrze, przejdę więc do sedna sprawy.

***


Rozdział I


Wszystko rozpoczęło się niespełna parę tygodni temu, kiedy to do miasta portowego, zwanego Azerhill, przybyła grupa poszukiwaczy przygód. Choć każdy z nich reprezentował inną rasę, wyznawał inne bóstwo i specjalizował się w innym rzemiośle, łączyła ich chęć poznania nieznanego. Indywidualne cele tejże wyprawy nie były tak istotne, jak dobro całej drużyny. Ówczesnym przywódcą owej kompanii, mianował się niejaki Grump, będący niesławnym tedy bardem, wywodzącym się ze szczepu ludzi. O jego rodzinie, bliższym pochodzeniu i innych, osobistych rzeczach nie wiadomo wiele, bowiem rzadko o tym prawił. Sam jednak zarzekał się, iż spalił swych rodziców. Nie mnie oceniać, czy prawdę mówił, czy łgał. Ten niewysoki mężczyzna różnił się od swych pobratymców. Skórę miał nad wyraz bladą, co było nader rzadko spotykane. Twarz zasłaniała mu grzywka czarnych, sięgających niemalże do łopatek włosów, które to zazwyczaj nosił rozpuszczone. Na co dzień ubierał się w ciemny płaszcz, przy pasie nosił zdobioną pochwę, a w niej miecz. Kiedy noga jego stanęła na drewnianym moście, przy którym cumowały statki, ujrzał w oddali szeregi niewielkich domów ze spiczastymi dachami, wszystkie w jednakowym, zielonym kolorze. Na wykładanym białym marmurem placu, pośrodku którego ulokowana była wykonana z tego samego materiału, dosyć sporych rozmiarów studnia, można było dostrzec mnóstwo sylwetek różnorakich, rozumnych mieszkańców Neazghin, albowiem było południe pięknego, wiosennego dnia i jedynie nieliczni obywatele miasta pozostali w domach.
-Ehh... - mruknął do siebie bard, gdyż nie przepadał za tłokiem, a do tego cierpiał na dosyć nietypowe schorzenie, a mianowicie na pewien rodzaj alergii. Alergii na ludzi. Czy jest ktoś, kto powie mi, że kiedykolwiek słyszał o czymś takim? Śmiem twierdzić, że nikt z Was, drodzy słuchacze. Reakcją alergiczną było kichanie i kasłanie, lecz były tego plusy. Jeżeli jakikolwiek człek w otoczeniu Grumpa miał złe zamiary, bard dostawał nagłego ataku kichania. W innym wypadku kasłał. Przydatna choroba, że się tak wyrażę. W każdym razie sam jej nosiciel nie był zadowolony z ilości osób w centrum miasta. Drugą postacią, która wkroczyła na pomost był niski, dobrze zbudowany i lekko otyły krasnolud. Imię jego brzmiało Sławek i pochodził on z rodu Grunge'ów. Już na pierwszy rzut oka można było wywnioskować, iż jest to niewątpliwie doświadczony wojownik. Długie, rude włosy spięte były w kuc, a sięgająca do pasa broda wyglądała na zadbaną. Po obu stronach haczykowatego nosa, widniały piwne oczy, z czego lewe lekko zezowało w prawą stronę. Sama twarz pokryta była nielicznymi bliznami. Wojak ten przyodziany był w łuskową zbroję, przy skórzanym pasie wisiał długi miecz, natomiast na plecach przypięty był dwuręczny topór, zapewne krasnoludzkiej roboty z wygrawerowanymi runami, oznaczającymi we wspólnym mniej, więcej tyle, co "Chuj wam w dupę, orkowie!". Sławek omiótł wzorkiem miasto i odetchnął głęboko.
-W końcu na lądzie... Mam dosyć tego cholernego morza, Grumpie. - rzekł do barda, lecz ten skwitował to jedynie skinieniem głową. Kolejnym członkiem tegoż to towarzystwa, była niepozorna postać, która cicho i niemal niezauważenie przemknęła się obok dwóch, blokujących przejście mężczyzn i stanęła przed nimi. Pierwsze co przyszło mi do głowy, kiedym to obserwował, to to, że ową, niską postacią było elfie dziecię. Dziś jednak, z perspektywy czasu mogę z pewnością stwierdzić, że był to niziołek, acz nie taki zwykły, jakiego można spotkać niemalże wszędzie. Był to członek niziołczej podrasy Długoli. Wyróżniali się oni od swych braci między innymi wzrostem, co było bardzo mylące. Ale nie będę rozwodził się nad genezą samej rasy, gdyż nie o tym traktuje ma gawęda. Wracając do rzeczy... Milo Herbaciński, bowiem takie on nosił miano, wzrostem prawie dorównywał krasnoludowi. Na głowie miał burzę blond włosów spiętych w kuc z tyłu głowy. Uśmiechnięta, piegowata twarz o jasnej karnacji dowodziła, o skorym do żartów usposobieniu młodzieńca. Ubrany był w zieloną koszulę, spodnie tego samego koloru, zdobioną skórznię i pomarańczowy płaszcz z symbolem sowy o szmaragdowych oczach. W ręku dzierżył drewniany drąg i ćmił zdobioną fajkę. Na ostatek na ląd wyszła pewnym krokiem kobieta, uchodząca za piękną. I powiadam Wam, zaprawdę taka była! Dosyć wysoka, odziana w długą, zieloną szatę. Krągłe piersi, na które opadały kosmyki jasnobrązowych, falujących włosów, przyciągały wzrok wielu mężczyzn. Pełne usta wygięły się w lekkim uśmiechu, kiedy w końcu opuściła pokład statku. W jej zielonych oczach odbijał się rozciągający się przed nimi widok. Każdy z członków drużyny nosił ze sobą wypchany po brzegi plecak, nie licząc właśnie tej niewiasty, która jak widać zmieściła całe swoje wyposażenie w brązowej torbie. Prócz krótkiego łuku nie miała ze sobą żadnej broni, a jedynie przypiętą do pasa masywną księgę, co świadczyło o tym, iż zajmuje się ona magią.
-Jak się czujesz, Anneroth? Dobrze jest poczuć stały ląd pod nogami, co? - zagadał dziarsko Milo i wyszczerzył się do czarodziejki.
-Co racja, to racja, drogi niziołku... - odpowiedziała kobieta i odwzajemniła uśmiech.
-Dobra, chodźmy się rozejrzeć. - rzekł krótko Grump i nie czekając na resztę, ruszył mozolnym krokiem przed siebie. Fakt, faktem - nie był to typ barda, jakiego można zazwyczaj spotkać w karczmie. Wydawał się być postacią ponurą i małomówną, lecz z biegiem czasu zauważyłem, iż muzyka jest dla niego ucieczką od szarej rzeczywistości i kiedy gra, jest we własnym świecie. Nikt nic nie odpowiedział, jedynie Lekkostopy pokiwał entuzjastycznie głową i ruszył ku miastu. Po kilku krótkich chwilach, cała kompania znalazła się na placu. Zewsząd słychać było głośne śmiechy i rozmowy, w powietrzu unosił się zapach jakichś nieznanych nikomu z podróżników potraw i trunków. Liczne stragany zastawione były bliżej niezidentyfikowanymi przedmiotami, naczyniami ze strawą, ziołami, pamiątkami i innymi takimi... Wyglądało na to, że trafili na dzień jakiegoś festynu. Jakiś rudowłosy chłopak minął ich wykrzykując coś o nowym numerze "Elfiego Gońca", wszędzie było pełno bawiących się dzieci, w oddali kilku strażników rozmawiało z jakimś starszym mężczyzną, trzymającym w ręce kilka jabłek.
-Mmm... Zgłodniałem od tych zapachów. Może zabawimy tutaj chwilę, hm? - zapytał z nadzieją w głosie krasnolud i pogłaskał się po brodzie, patrząc na okazały stragan z przeróżnymi napitkami.
-Mam kilka kamieni w plecaku... Skusisz się, skrzacie? - powiedział Milo szukając czegoś w plecaku. Niziołek ten nie przepadał za krasnoludami i zarówno on, jak i Sławek od początku wyprawy, dogryzali sobie ironicznie, przy każdej okazji, Tym razem jednak wojownik zignorował zaczepkę towarzysza, i spojrzał na Grumpa. Ten kiwnął jedynie głową i cicho rzekł.
-Za godzinę spotkajmy się... Obok tej studni, tak.... - i to powiedziawszy ruszył wgłąb miasta. Jak widać, nie miał on ochoty przebywać w tak licznym towarzystwie. Nim Anneroth zdążyła coś powiedzieć, spostrzegła, iż nie ma wokół niej nikogo z towarzyszy. Krzat od razu ruszył ku miejscu, które od dobrych kilku minut obserwował. Wyciągnął z sakwy garść złotych monet i rzucił na drewniany blat. Entuzjastycznie zaczął pokazywać palcem na co lepiej wyglądające butelki i z błyskiem w oczach przyglądał się, jak handlarz nalewał wszystko do kufla. Czarodziejka nie mogła natomiast nigdzie dostrzec Milo, zapewne wtopił się w tłum dzieci. Rozejrzawszy się raz jeszcze po całym placu, obrała jako swój cel drewnianą ławkę, stojącą nieopodal niewielkiego zagajnika, mającego sprawować funkcje ozdobne. Usiadłszy na niej, wyjęła z torby niewielką książkę z wypisanymi na okładce elfickimi literami i pogrążyła się w lekturze. Przyznam się bez bicia, że na niedługi czas straciłem z oczu całą czwórkę i kiedym myślał, że to już koniec, zdarzyło się coś, na co bardzo liczyłem. Ale po kolei... Kiedy słońce chowało się już za horyzontem i zalewało wszystko pomarańczowym blaskiem, coś wywołało w centrum miasta ogólne poruszenie. Gdzieś słychać było okrzyki "Łapać go!", "Złodziej!" i tym podobne. Miałem szczerą nadzieję, że żaden z bohaterów tej opowieści nie wpakował się w nic złego. I miałem rację. Kiedy wyszedłem na plac, zobaczyłem wysoką, przyodzianą w czarny płaszcz postać, biegnącą w moją stronę. W dłoni trzymała ona coś na wzór drogocennego amuletu, acz nie mogę być tego pewien, bowiem przedmiot ten widziałem jedynie przez ułamek sekundy. Nagle z tłumu wynurzył się znany już wam bard. Tak, chodzi mi właśnie o Grumpa. Z nadzwyczajną zwinnością wyskoczył zza straganu i szybkim ciosem powalił złodzieja na ziemię. Zaraz potem, kiedy ten próbował wstać, na jego torsie stanęła okuta we wzmacniany stalą, skórzany but stopa krasnoluda.
-No i mamy cwaniaczka... - rzekł bardziej do siebie, niźli do swego ziomka Sławek i uśmiechnął się z zadowoleniem. W ciągu kilkunastu sekund udało im się ułożyć plan i złapać łotra. Teraz wystarczyło zaprowadzić do go strażnicy. Kiedy wojownik schylił się, ażeby ponieść nieprzytomnego mężczyznę i skrępować liną, kątem oka zauważył, że zmierzają ku nim trzej strażnicy. Trzej dosyć wysocy mężczyźni, każdy z nich odziany w pełną, płytową zbroję. Ci dwa, którzy trzymali się z tyłu, na głowach mieli hełmy, natomiast ten kroczący na przedzie, takowego nie posiadał. Gęste, czarne włosy średniej długości opadały mu na ramiona. Błękitnymi oczyma spojrzał na leżącego na ziemi rzezimieszka i dźgnął go tępą stroną włóczni, którą trzymał w dłoni.
-Panowie! - zaczął Sławek uśmiechnąwszy się raz jeszcze - Wykonaliśmy za was robotę... Nie pogardzimy kilkoma sztukami złota za fatygę... - właśnie dało o sobie znać krasnoludzkie umiłowanie do bogactwa.
-Ty! - krzyknął stojący na czele wartowników jegomość. - Za wszczęcie bójki pójdziesz z nami. - dwóch pozostałych stróży prawa chwyciło Grumpa pod pachy i zaczęło prowadzić w stronę dużego, kamiennego budynku, a ich przełożony chwycił leżącego na ziemi łotra i zarzucił sobie na plecy.
-Ale jak to!? Nasz towarzysz nic złego nie zrobił! - zakrzyknął Milo, który pojawił się obok krasnoluda nie wiadomo skąd. Był zdyszany i lekko czerwony na twarzy, a w dłoni trzymał nadgryzioną gruszkę.
-Spokojnie, tylko go przesłuchamy. - odpowiedział mąż i ruszył za swoimi dwoma kompanami. Krasnolud stał chwilę pogrążony w zdziwieniu, albowiem zastanawiał się, jakim prawem zabrano Grumpa na przesłuchanie. Przecież, do jasnej cholery, schwytał złodzieja! Coś tutaj śmierdziało. Przez chwilę pomyślał nawet, że wartownicy byli w zmowie z rabusiem. Po kilkunastu sekundach obok niego stanęła spokojnie elfica.
-Gdzie go zabierają? - zapytała cichym głosem. Sławek, zbyt pogrążony w niezbyt sensownej zadumie nie dosłyszał pytania i cmoknął głośno.
-Do strażnicy, będą go przesłuchiwali, bo strzelił jakiegoś grasanta w ryj! - krzyknął oburzony Milo i ugryzł gruszkę, przeżuwając szybko. Cała trójka stała chwilę w milczeniu, dopóki niziołek nie odezwał się ponownie.
-Nie ma co tak stać! Chodźmy do strażnicy, może uda nam się go stamtąd wyciągnąć, nim ci idioci wtrącą go do lochów! - zawołał odważnie i pewnym krokiem ruszył śladami "porywaczy" kompana. Anneroth i Sławek uprzednio spojrzeli po sobie, wzruszyli ramionami i podążyli za lekkostopym. Droga nie zajęła im dużo czasu, może kilka minut. Kiedy znaleźli się w końcu przed wielkimi, dębowymi drzwiami, prowadzącymi do wnętrza bastionu, zatrzymali się na chwilę. Wszyscy ułożyli sobie w głowie cały plan postępowania, oraz plan awaryjny i awaryjny plan numer dwa, oraz trzy i cztery, co zajęło łącznie ponad dziesięć minut. Dziwnie to wyglądało, wszak troje ludzi stało przez kilkanaście minut przed wrotami budynku, jak gdyby nie potrafili wejść do środka. W końcu Sławek, nie bacząc na przyjęte zasady kultury, które nakazywały wpuścić uprzednio damę, pociągnął za klamkę, pchnął drzwi i wkroczył do środka, a za nim reszta ferajny. Ich oczom ukazał się kamienny, zimny korytarz. Jedyne światło rzucały dwie pochodnie, jedna na ścianę. Ziemia przykryta była grubym, czerwonym i poplamionym dywanem, który ongiś pełnił zapewne funkcję dekoracyjną, lecz dziś, biorąc pod uwagę jego wygląd, jedynie tłumił kroki. Powoli, niemalże skradając się, troje członków kompanii ruszyło przed siebie. Po krótkiej chwili korytarz skręcał w lewo. Na jego końcu ujrzeli dosyć sporą halę, a w niej, siedzącego przed biurkiem Grumpa. Na przeciw niego usadowił się tłusty mężczyzna w kolczudze. Na oko miał jakieś czterdzieści lat. Czarna broda z siwymi pasmami ubrudzona była jakimś sosem, malutkie, świńskie oczka świdrowały przesłuchiwanego, a łysa łepetyna odbijała światło pochodni. A co do samego wnętrza... Całość urządzona była równie surowo, jak sam korytarz. Kilka pochodni, trzy, ustawione w jednym rzędzie, przy wschodniej ścianie szafy, jedno, niewielkie i wpuszczające zaledwie odrobinę blasku okno, równie brudny, co uprzedni dywan i zardzewiały zwis ze świecami, które, rzecz jasna, nie płonęły, bo po co? No i biurko, ale o tym już wspominałem. Prócz Grumpa i tego tłustego faceta, nie było tam nikogo. Sławek pierwszy wszedł do sali, za nim Milo, a na końcu Anneroth. Kiedy wszyscy weszli na kamienną posadzkę, ich kroki zaczęły odbijać się echem od ścian. Dopiero teraz, kiedy ich oczy przywykły do panującego tutaj półmroku - nie licząc Sławka, który jako krasnolud miał wrodzoną zdolność widzenia w ciemnościach, lecz od początku skupiony był na jednym punkcie, jakim było biurko - dostrzegli siedzącą w cieniu nieopodal barda postać. Był to ten sam złodziej, którego złapali na placu. Ręce i nogi miał skrępowane, a kaptur zdjęty z głowy. Anneroth poczęła przyglądać się łotrowi dokładniej. Miał on krótkie, czarne włosy, niedbały zarost na twarzy, prosty, lekko spiczasty nos i parę jadowicie zielonych oczu. Wodził spojrzeniem po całym pomieszczeniu, jakby szukając drogi ucieczki.
-Czego tutaj szukacie? - odezwał się niski, basowy głos, wydobywający się z ust siedzącego za biurkiem grubasa. Teraz mierzył on wzrokiem swych "gości" i przygryzał nerwowo dolną wargę. - Kim do cholery jesteście? - spytał raz jeszcze.
-Nie wyglądasz, panie, na osobę, przed którą musiałbym zdradzać swe imię. - rzekł dumnie Sławek, albowiem nie miał w zwyczaju ujawniać swej tożsamości przed byle kim. - Ten, którego przesłuchujesz jest naszym ziomkiem i przyszliśmy, aby mu towarzyszyć. - dodał i wraz z dwójką kamratów podszedł do Grumpa i stanął obok niego. Kiedy Anneroth mijała siedzącego na krześle złodzieja, jej elficki wzrok pozwolił dostrzec więcej, niźli krasnolud, człowiek, tudzież niziołek. Mianowicie, na przedramieniu rabusia zauważyła dziwny symbol, nie przypominający żadnego, znanego jej alfabetu. Tatuaż przedstawiał przecięty pionową kreską trójkąt, a w nim wpisany okrąg. W kilka chwil przeanalizowała wszystkie, zapamiętane symbole i nie mogła skojarzyć tego znaku z niczym. Kiedy mężczyzna spostrzegł, że czarodziejka przygląda się jego tatuażowi, szybko, niemalże gorączkowo zakrył i i zmierzył elficę gniewnym spojrzeniem.
-Nie twoja sprawa, dziwko. - wyszeptał i uśmiechnął się nerwowo...
Avatar użytkownika
Usko
 
Posty: 7
Dołączył(a): 2 maja 2013, o 11:33

Powrót do Nasza twórczość

cron