Silver SHadow-opowiadanie-wampiry, lykanie, ludzie, kryminał

Miejsce, w którym użytkownicy forum mogą pochwalić się swoją, szeroko rozumianą, twórczością artystyczną - prozą, poezją, grafiką, śpiewem czy figurkami z plasteliny, a także blogami, portfoliami, galeriami itp.

Postprzez Bajarz » 12 paź 2016, o 15:02

Postanowiłam od nowa napisać stare opowiadanie. No dobra, może nie pisać od nowa, ale przerobić. Starszą wersję możecie znaleźć na moim dA (mogę podesłać lin, jakby ktoś chciał.
Uprzedzam, że nadal uczę się pisać, często też wrzucam przecinki tam, gdzie nie trzeba .-.

To zaczynam....leci prolog. (nie wiem jak będzie z regularnością wrzucania części, bo nie mam sprawnego komputera. Nie wiem, kiedy go naprawię, a z tabletu ciężko czasami pisać :p ).


Prolog

"Życie jest jak porcelanowa filiżanka. Herbata zaś to nasze doświadczenie. W momencie, w którym się przelewa może stać się naszą zgubą. Czasami , gdy stoisz nad przepaścią, wystarczy jeden fałszywy ruch, a wtedy...tak jak porcelanowa filiżanka, spadasz w dół, pozostawiając po sobie jedynie wspomnienie oraz rozkruszone drobinki. Te, jak tylko sięgniesz dna mrocznej otchłani, rozwieje wiatr. Życie to kruche naczynie, o które trzeba dbać, acz niektórzy wymazali to z pamięci. Chcą więcej i więcej, a herbata stopniowo zapełnia filiżankę, niebezpiecznie zbliżając się do jej brzegów."

Londyn, 23: 45, Tower Bridge

Noc, pani ciemności oraz strachu otuliła swym płaszczem Londyn. W tę noc tak wyjątkowo cichy. Jedynie krople deszczu spadające z ciemnego nieba dawały koncert, ku pokrzepieniu śpiących mieszkańców miasta. Uderzając o szyby, karoserię samochodów czy parapety tworzyły melodię, niczym perkusista mający swój debiut. Ponurą atmosferę jaką dawały budynki mieszkalne, rozświetlały jasne mury Tower Brigde. Za dnia, budowla ta była jednym z najbardziej ruchliwych miejsc, jednak po zmroku stawała się tylko starym zabytkiem sprzed wieków okrytym płaszczem mistycyzmu. Mimo sprzeciwom zarządu zamku Tower of London, został wybudowany w 1894 roku. Zaprojektował go niejakiego Horace Jones. W związku z warunkiem jaki mu postawiono, budowla musiała harmonizować się z architekturą zamku. Dwie wieże dostały miano znaku rozpoznawczego Tower Bridge. Te zaś połączono dwoma pomostami. Piesi mogli bezpiecznie przechodzić an drugą stronę, z dala od przejeżdżających dolnym pomostem samochodów. Dawniej, jego barwami były tonacje beżowe, niemniej jednak w 25 rocznicę koronowania królowej Elżbiety II postanowiono przemalować go na niebieski, biały oraz czerwony.
Flagi zawieszone na masztach, powiewały złowrogo na coraz to nasilającym się wietrze. Trzy osoby, stojące na chodniku, należącym do pomostu dla pieszych próbowały uchronić się przed podmuchami powietrza napierającego od zachodniej strony. Z tego też powodu obrały sobie najmniej wietrzne miejsce. Wszyscy mieli na sobie czarne długie płaszcze, na których krople deszczu utworzyły swoiste ścieżki. Jedna z moknących osób, będąca mężczyzną miała na sobie kowbojski kapelusz. Przy każdym mocniejszym ruchu głowy, woda spływała cienkimi strumieniami. Spod nakrycia głowy wystawały kosmyki czarnych włosów, a w złotych oczach odbijał się płomień z zapalniczki. Jegomość próbował zapalić papierosa. Nie było to jednak łatwym zadaniem, gdyż albo podmuch powietrza albo krople deszczu utrudniały ową czynność. Koniec końców udało mu się zapalić papierosa, po czym zaciągnął się przy tym mocno. Mężczyzna wypuścił białawy dym z ust. Obserwował, jak ten rozrzedza się w powietrzu, po czym znika bezpowrotnie. Delektujący się tytoniową rozkoszą schylił się, aby poprawić poluzowaną sznurówkę od prawego kowbojskiego buta. Przez ten ruch, można było ujrzeć srebrny sygnet, połyskujący od blasku pobliskiej latarni założony na serdecznym palcu prawej dłoni. Brązowy, dość długi szal utrudniał wykonanie czynności. Ozdoba, szybko została odrzucona na plecy. Materiał etoli szybko zaczął pochłaniać wodę z płaszcza, więc szybko zmienił kolor na ciemniejszy. Jegomość popatrzył na swojego buta. Sznurówki wyglądały jak należy. Wyprostował się, po czym rozejrzał dookoła. Nic, tylko deszcz, ani ani jednej żywej duszy na horyzoncie. Spojrzał w niebo, a wtedy złota błyskawica przeszyła niebo. Na chwilę, można było dojrzeć twarz mężczyzny. Mocno zarysowana ozdobiona zarostem, który kończył się w okolicach uszu. Nos zaokrąglony, który zmarszczył się nieznacznie. Dało się też zobaczyć, że złotooki posiadał długie włosy, które teraz były ułożone na jego prawym ramieniu. One także, nasiąkł wodą, więc miały jeszcze bardziej intensywny czarny kolor.
Druga osoba, była nieco niższa niż pierwsza. Widać było sporą różnicę między nimi. Mężczyzna mógł mieć coś koło dwóch metrów, a towarzysząca mu persona ledwo z metr siedemdziesiąt, jak nie mniej. Niższa osoba miała delikatniejszą budowę, więc łatwo było zorientować się, że była kobietą. Jej czarne, niczym smoła włosy sięgające poza linię łopatek, przyklejały się do jej pleców. Uniosła dłonie, aby ogrzać je ciepłym oddechem. Dało się słyszeć brzęk czarno-złotych szerokich bransolet. Jej pomalowane paznokcie miały wyzywający, rubinowy kolor. Na jednym z palców prawej dłoni pobłyskiwał srebrny pierścień, identyczny jak ten, który posiadał towarzyszący kobiecie mężczyzna. Spojrzała w dół. Przyglądała się swojemu odbiciu w kałuży, w której stała. Blade lico, co jakiś czas mącone było spadającymi kroplami wody. Mimo to, dało się dostrzec chłodne spojrzenie jej niebieskich oczu. Zaczęła nerwowo stukać prawą nogą. Rozglądała się przy tym dookoła. Oparła się o barierkę, naciągając nieco płaszcz do góry. Towarzyszący jej jegomość, zerknął ciekawie na wysokie, wiązane kozaki na cienkim obcasie, które miała na sobie czarnowłosa. Poprawiła kapelusz, ze sporym rondem. Mogła chociaż, w taki sposób ukryć się przed kroplami spadającymi z nieba.
Trzecią personą był barczysty mężczyzna, który nie dorównywał wzrostem kompanowi, jednak także był wysoki. Spod, dolnej części okrycia, wystawały spodnie jeansowe, ukrywające częściowo kowbojskie buty. Na głowie miał nie miał żadnego nakrycia. Najwidoczniej, nie przeszkadzało mu to, że jego czupryna była mokra od deszczu. Podrapał się po zaroście zdobiącym jego kontury twarzy. Dodatkowo, mężczyzna ten, posiadał wąsy. Te zostały idealnie przycięte, by wkomponowały się w zarost. Niebieskie oczy lustrowały z uwagą okolicę. Wyglądało tak, jakby się skupił na otoczeniu. W istocie, tak wtedy było. Skrzyżowane ręce na piersiach świadczyły, iż także się niecierpliwił. I on spojrzał w niebo w momencie, kiedy zostało przecięte kolejną błyskawicą.
Odwrócił głowę w stronę, z której zdawało mu się, że dostrzegł ruch. Na jego twarz wpełzł uśmiech zadowolenia.
-Idzie.- odparł barczystym tonem, a jego towarzysze spojrzeli w tym samym kierunku.
-W końcu. Ciekawe, co ją zatrzymało, na tak długo.- palący opukał kopciucha, a wypalona część spadła wprost na morką jezdnię.
Od strony północnej, w kierunku stojących, szła podobnie ubrana persona. Jej ciemny blond włosy, zakrywał kapelusz z wielkim rondem. Woda spływała z niego cienkimi strumieniami. Wszak niejako robił za dobrą ochronę przed deszczem. Idąca osoba, jak tylko została oświetlona przez latarnię, można było dojrzeć na jej płaszczu oraz rękawach ciemno-bordowe plamy. Podobne ślady miała na masce zakrywającej całą twarz. Maska była naprawdę piękna. Cała koloru kredy, a tylko usta oraz okolice oczu ozdobione były złotym kolorem. Źrenice, na szaroniebieskich tęczówkach odbijały blask ulicznego oświetlenia. Metalowe ozdoby na glanach błyszczały od tego poblasku. W momencie, gdy znalazła się blisko zgromadzonych, wyjęła z kieszeni dłonie. Smukłe palce, po których spływała krew dotknęły maski. Zdjęła ją, pozostawiając czerwone opuszki palców na białym kolorze. Zmierzyła wzrokiem obecnych.
-Co tak długo? Nie mogłaś tego załatwić szybciej? Zmokłam przez ciebie. Jak się nabawię przeziębienia, wykładasz swoje zielone na moje lekarstwa.- czarnowłosa przeczesała włosy, a w jej głosie dało się odczuć nutkę dezaprobaty.
-Wiesz, robota ważniejsza niż twoja przemoczona dupa, Diano. Poza tym...- rozejrzała się dookoła-...komuś takiemu jak ty, odrobina deszczu nie zaszkodzi. Nie wspominając o tym, że tak łatwo się nie przeziębisz.-nowo przybyła dalej się rozglądała, aby po chwili zawiesić wzrok na palącym- Ej...szef jeszcze nie przyjechał?- podeszła do palącego, aby wyrwać mu papierosa z ust- Nie możesz chociaż raz, nie palić?.- wyrzuciła do rzeki peta.
-Wiesz, że bardzo nie lubię, kiedy tak robisz?- mężczyzna odparł spokojnym, ale ostrzegawczym tonem do towarzyszki.
-Nie odpowiada się pytaniem na pytanie, Marcusie.-dziewczyna pokiwała głową.
-Jesteś dla mnie niemiła, Saro. Przypominam, że nie lubię używać przemocy, jeśli nie muszę.-Marcus zmierzył wzrokiem Sarę.
Diana odwróciła głowę w bok. Nie miała ochoty dyskutować z młódką.
-Marcusie, skończ tę bezsensowna dyskusję. Szef jedzie.- padło krótko z ust drugiego mężczyzny, który skinął głową w stronę świateł zmierzających ulicą w ich stronę.
-To żadna, bezsensowna dyskusja Goddradzie. To rozprawa, dotycząca zachowania Sary, wobec mnie.-wyjaśnił krótko Marcus.
Nie dane mu było jednak, dokończyć rozmowy, gdyż zrównała się z nimi czarna limuzyna.
Tylne drzwi otworzyły się na oścież, po czym wszyscy zniknęli we wnętrzu luksusowego transportu. Samochód miał barwę czystego, czarnego koloru o metalicznym poblasku. Dodatkową ozdobą były efekt brokatu, który widoczny był po oświetleniu pojazdu przez uliczne latarnie. Srebrne zderzaki, kołpaki oraz przód grilla rozjaśniały ciemnej barwy pojazd. Przyciemniane szyby, poza tą z przodu, uniemożliwiały dojrzenie tego, co było wewnątrz. Szofer, jak to bywa w zwyczaju, ubrany był elegancko. Na dłoniach miał skórzane rękawice, dopasowane pod kolor garnituru. Od pasażerów siedzących z tyłu oddzielała go cienka, ciemna szyba z okienkiem na zasuwaną klapę. Cała czwórka siedziała naprzeciwko średniego wzrostu mężczyzny o przenikliwym spojrzeniu złotych oczu. Jego białe oraz długie włosy dodawały mu uroku. Opadały luźno na jego ramiona oraz plecy. Jego usta wygięte były w lekki uśmiech. Jegomość ubrany był w długi płaszcz, zapinany na dwa wielkie guziki. Lakierki na założone na nogach odbijał łeb wielkiego, białego kota, który towarzyszył swojemu panu. Zwierz patrzył niebieskimi oczyma na cztery postacie, mające się na baczności przed nim. Futro miało ubarwienie białej barwy, a pręgi były ledwo widoczne. Mokry różowy nos poruszał się nieznacznie, gdy jego właściciel badał powietrze. Łapy Króla Śniegu były na tyle duże, że mogłyby powalić dorosłego mężczyznę. Amber, bo tak wabił się bengal, ziewnął przeciągle ukazując rząd ostrych zębów.
-Jak się powiodło zadanie?- właściciel wielkiego kota zaczął drapać swojego pupila po łbie.
Nie spuszczał wzorku z rozmówców.
-Bez problemowo, szefie. Tak jak prosiłeś.- odezwała się ta, która trzymała w dłoniach maskę, którą odłożyła na kolana. –Delikwent wącha kwiatki od spodu.- wyjęła z zewnętrznej kieszeni etui z okularami, aby te nałożyć na nos.- Troszkę się z nim pobawiłam.- docisnęła je bardziej do oczu-Chyba, nie masz mi za złe, szefuńciu?
-Zależy, jak bardzo się „pobawiłaś"?- zapytał cytując ostatnie słowo dziewczyny.
-Tak jak zawsze. Zostawiłam też, naszemu porucznikowi mały prezent. Jestem pewna, że znowu krew go zaleje.- zaczęła się śmiać, by po chwili spojrzeć znad okularów-Szefie, tak przy okazji, odnalazłam twoją własność.
-Och, doprawdy?- mężczyzna zmrużył oczy, krzyżując dłonie na piersiach-Gdzie ją zatem masz, w takim razie?
-Nim dojedziesz do domu, ona już tam będzie.- okularnica oparła się wygodniej, a jej okulary zreflektowały w dziwny sposób światło oświetlające wnętrze auta.
Przez resztę podróży jechali w milczeniu. Po półgodzinnej jeździe, zawitali przed metalową, złotą bramę z dwoma literami V na każdym ze skrzydeł. Biały mur otaczał całe domostwo oraz teren do niego przynależący, niczym wał obronny starego zamczyska. Po wjeździe do środka, pierwsze co rzucało się w oczy, to wielki różany ogród, z krzewami w kształcie łbów smoków. W jego centrum znajdowała się sporych rozmiarów rezydencja, zbudowana z małych, szarych cegieł. Ramy okiennic miały brązowy kolor, taki sam jak dachówki. Krople deszczu bębniły w nie tak, jakby chciały przedostać się do wnętrza domostwa.
Limuzyna zajechała pod główne wejście. Ozdobne kolumny dodawały tajemniczości budowli. Wszyscy wysiedli z samochodu, po czym udali się do środka. Wielkie, hebanowe drzwi z wyrzeźbionymi dwoma smokami, wyrzeźbionymi po obu stronach zostały otwarte przez starszego jegomościa. Lokaj ubrany był schludnie w ciemnej barwyu smoking, z którym kontrastował biały kołnierz koszuli.
-Witam w domu, panie Kain van Dohrn.- ukłonił się nisko zamykając wrota.- Nie było żadnych telefonów, ani poczty. Wrócił za to pański syn. Aktualnie śpi w swoim pokoju.- wziął płaszcz od pracodawcy i powiesił w szafie, znajdującej się na przedpokoju.
-Dziękuję Adamie.- Kain skinął lekko głową, w ramach podziękowania za udzieleni informacji.
Korytarz, który był przedsionkiem rezydencji, wyłożony został białymi płytkami ze srebrnymi, kwiecistymi wzorami. Na prawo od wejścia znajdowała się szafka wraz ze stojakiem na mokre buty. Ten został szybko zapełniony przemoczonym obuwiem. Obok stał wieszak, na którym zawisły ubrania czwórki towarzyszy mężczyzny. Ściany wyłożone były drewnianymi panelami, mające wyrzeźbione ozdoby, pasujące pod te na podłodze. Dało się czuć specyficzny zapach, jaki wydzielały panele. Miało się wrażenie przebywania w lesie. Kinkiet zaś przypominał kształtem lilie wodne. Następnym pomieszczeniem był ogromny salon, w którym najbardziej rzucał się w oczy sporych rozmiarów kryształowy żyrandol oraz kominek. Kain klasnął w dłonie, a ogień w palenisku rozpalił się. Podszedł do wieży, stojącej na szklanej szafce, po czym włączył klasyczną muzykę. Zrobiła się swojska i przyjemna atmosfera. Dopiero wtedy, mężczyzna zasiadł w skórzanym fotelu, należącym do kompletu wraz z kanapą oraz drugim siedziskiem. Pośrodku, na okrągłym dywanie stał drewniany dębowy stół. Jego grube nogi świadczyły, że nie jest on standardowej jakości. Pan domu, gestem zaprosił gości do stołu. Cała czwórka zasiadła, zgodnie z wolą pana domu. Lokaj podszedł do nich. Nisko się ukłonił.
-Proponuję, w tak zimny wieczór napić się malinowej herbaty, szanowni państwo.- lokaj wziął srebrną tacę ze stojącej niedaleko witryny.
Znajdowały się tam przeróżne porcelanowe oraz srebrne komplety naczyń.
-Adamie, dobry wybór.-Kain pokazał palcem na lokaja- Zrób ją dla wszystkich. Niech spróbują naszego specjału.- założył nogę na nogę, czekając aż tygrys, który wszedł na samym końcu, usiadł obok niego.-Dobrze się spisaliście. Cieszę się, że mam tak zdolnych i zaufanych ludzi.-ręka mężczyzny zawędrowała na koci łeb, łaknący pieszczot.
-Drobnostka szefie.- Goddrad rozsiadł się wygodnie, sięgając do kieszeni po cygaro-To my się cieszymy, że możemy pracować dla kogoś takiego, jak pan.- patrzył prosto w oczy swojemu rozmówcy.
Goddrad złapał za popielniczkę. Rozluźnił guziki przy kołnierzu koszuli, którą zmuszony został dzisiaj założyć. Nie przepadał za takimi formalnymi, aż do przesady ubiorami.
-Goddradzie, prosiłbym, abyś mi tak nie schlebiał. Ja tylko wynagradzam lojalność. Nic więcej.-Kain popatrzył na wszystkich po kolei.- Mam nadzieję, że wynagrodzenie, jakie dostaliście jest wystarczające.-poprawił swój czarny garnitur.
-Oczywiście szefie.- okularnica założyła nogę na nogę, a metalowe klamry, na jej spodniach oraz bluzce wydały metaliczny dźwięk- Wszystko jest w należytym porządku.- poruszała prawą stopą, przyglądając się swoim białym skarpetkom-Oby ta nauczka, którą dzisiaj daliśmy tym ludziom, była przestrogą dla innych. Nikt nie będzie łamał słowa bossa Kaina.
-Sarciu, skarbie moje.- mężczyzna wstał, słysząc jej słowa.
Zaszedł ją od tyłu, aby ująć jej podbródek. Podnosząc jej głowę ku górze, aby spojrzeć w oczy.
-Wiesz, że i tak nie będą słuchać prawda?- kciukiem pogłaskał jej skóre na policzku.
-Wiem, szefuńciu. Mogliby jednak, co poniektórzy zacząć używać mózgu, a nie jaj.- posłała uśmiech temu, który ją trzymał.
-Dla nas to i lepiej, że używają fiuta albo piczki.- Diana usiadła niczym dama, poprawiając bluzkę, z dość sporym dekoltem-Mamy przynajmniej co robić.
-I tak byśmy mieli.- Marcus zdjął swój szalik, aby położyć go obok-Diano, ty zawsze musisz od razu zakładać, że nie było by co robić.
-Marcusie, czasami jesteś jak mały chłopiec, który wyszukuje sobie zabawy. Sęk w tym, by ta zabawa niosła ze sobą konsekwencje i to bolesne, nieprawdaż młoda?- skierowała swój wzrok, najpierw na mężczyznę, potem na dziewczynę.
Rozsiadła się wygodnie.
-Wszak o to chodzi, prawda Diano? Mieć zawsze, co robić. Poza tym, jak wspomniałem Sarze, że nie lubię stosować przemocy, jeśli tego nie muszę robić.-poklepał się po rewolwerach, skrytych w kaburach-One i tak mają zabawę, jeśli wiesz, co mam na myśli.
Diana tylko westchnęła, rozmasowując skronie.
-Kowboju, zaskakujesz mnie. Zdajesz się w ogóle nie pasować do naszej załogi.
Marcus zaśmiał się pod nosem.
-Najważniejsze to budzić pozory, nieprawdaż?-puścił rozmówczyni oczko.
-Herbata dla państwa.- Adam przyszedł z pięcioma filiżankami, które ustawił naprzeciwko gości.-Tak jak zawsze, dodałem jedną kostkę cukru.- ukłonił się, by udać się w stronę wyjścia.-Zapomniałbym, proszę pana.- spojrzał na Kaina-Nim przybyliście, kurier dostarczył przesyłkę. Pozwoliłem sobie odnieść ją do pańskiego gabinetu.
-Saruniu, miałaś rację. Jesteś nieomylna.- mężczyzna ucałował ją w czoło, po czym wrócił na swoje miejsce.-Adamie, powiedź mi czy mój syn, nadal upiera się przy swoim?-zakosztował herbaty herbaty-Znakomita.
-Tak.- skinął głową- Nadal chce iść z panną Sarą na bal.-zwrócił się w stronę okularnicy-Myślę, że dla świętego spokoju, powinna panienka z nim iść.
-Chyba nie mam wyjścia.-Sara skrzyżowała dłonie na piersiach-Pójdę z nim, ale pod jednym warunkiem.
-Ty i te twoje warunki, kochaniutka.- Goddrad usiadł obok niej obejmując przy tym ramieniem-Cóż to, za jakieś stawianie kompromisów?
-Jakie tam kompromisy. -dziewczyna pokiwała głową-Skoro mam iść na bal, z synem naszego szefa chciałabym wyglądać elegancko.-zatoczyła koło dłonią.-Nie chciałabym przynieść wstydu panu Kainowi oraz Dankanowi.
-Myślę, że mam coś idealnego dla ciebie.- Kain posłał okularnicy uśmiech- Tylko, musisz poczekać do dnia jutrzejszego.
-To jak mogę się zgodzić, skoro nie wiem, jak owa suknia wygląda?-Sara nadęła policzki, niczym chomik.
-Za bardzo zadzierasz nosek.- siedzący obok niej Goddrad pstryknął ją w niego.-Wiesz, że on jest taki śliczny. Nie chciałbym, by ktoś ci go przetrącił.
-Uważaj Gun Smoker, bo ja tobie zaraz coś przetrącę.- zagryzła dolna wargę, przysuwając twarz do jego lica.- Więc uważaj, bo sobie nie pobzykasz, jak będziesz mi z takimi tekstami wyskakiwał.
-Grozisz mi, skarbie?- oblizał usta, a ich czoła stykały się ze sobą.
-Ech, ci znowu swoje. To takie dziecinne. Nie przystoi tak się zachowywać. Zwłaszcza nam.- Diana pokiwała głową, delektując się herbatą.- Założę się, że jedyną osobą, która nie będzie podatna, na twój urok to pan porucznik.
-Zazdrościsz mi, prawda?- Sara poprawiła okulary odsuwając twarz Goddrada-Coś jesteś nie na czasie. Od roku jestem z panem porucznikiem.-Sara wyszczerzyła się-Myślisz, że skąd mam większość informacji.
-Przepraszam, że co?- czarnowłosa spojrzała na rozmówczynię-Szef to słyszał? Nasza tajemnica...
-Diano, bez obaw. Sara wie, co robi. Poza tym, ma moje przyzwolenie.-Kain podniósł jedną rękę na wysokość klatki piersiowej-Jednakże uważam, że ten związek i tak niedługo się skończy.-mężczyzna upił łyk herbaty-Wspaniała.-spojrzał po zebranych-Och, nie róbcie takich min. Nie jestem złośliwy. Stwierdzam tylko fakty. Nasza Sara, wpadła komuś innemu w oko.
-Hmpf!-Diana była oburzona-Oby szef wiedział, co robi.
-Zabawne, mówi to ktoś, kto zmienia facetów jak rękawiczki. Ostatnio, z tego co pamiętam, znowu jakiegoś pognałaś ze swojego łoża.- dało się wyczuć nutę bezczelności w głosie Sary.
-Moja sprawa, kogo wpuszczam, a kogo wypędzam.-Diana zaczesała część włosów do tyłu.-Mogłyby, już dawno wyschnąć. Ciekawe, komu nasza myszka, mogła wpaść w oko. Zwłaszcza, z tym swoim miniaturowym biustem.
-Już wolę mieć miniaturowy biust, niż taki, który podskakuje jak dupa otyłego.-okularnica poruszała dłońmi w wymowny sposób.
-Kobiety…-Marcus pokiwał głową-...nie wchodzić, pomiędzy dwa walczące kociaki. Mogą podrapać.
-Sam jesteś kociak.- Sara pokazała mu język.
-Uważaj Saruniu. Noc jest jeszcze młoda. Znalazłbym kilka zastosowań, na ten twój języczek.- Goddrad oparł się o oparcie, przeczesując czarną czuprynę, a przy tym wypuszczając dym z ust.
Kain tylko się uśmiechnął, by po chwili dołączyć do dyskusji. Drewno w kominku trzaskało od gorąca wywołane płomieniami ognia. Dawało to ciekawy dodatek do klasycznej melodii, jaka wydobywała się z głosików, zawieszonych w każdym rogu pokoju.
Całej rozmowie, z ukrycia, przysłuchiwał się młody chłopak. Jego czarne, krótko ścięte włosy ułożone były w artystycznym nieładzie. Miał na sobie granatową, atłasową piżamę. Stał blisko wejścia do salonu. W ciemnym korytarzu, na którym znajdowały się schody prowadzące na pierwsze piętro znalazł idealna kryjówkę. Nie miał na sobie kapci, toteż zostawiał na kostkach ślady stóp. Zaciskał mocno pięść u prawej ręki.
-Ten bal wiele dla mnie znaczy, podobnie jak ty. Żaden zadufany porucznik, nie będzie wkładać ci rąk pod bluzkę Tym bardziej nie pozwolę, by szedł z tobą do łóżka.- zacisnął mocniej zęby-I dowiem się, Saro, komu to niby wpadłaś jeszcze w oko.
Przysłuchiwał się jeszcze dobrą chwilę rozmowie, mając nadzieję, że dowie się czegoś jeszcze. Jednak, nic takiego już nie doszło jego uszu, więc wrócił na górę, do swojego pokoju.
Lokaj, który tamtędy przechodził spojrzał na odchodzącego młodzika i pokiwał głową.
-Jesteś taki sam, jak twoja matka.-westchnął i wrócił do swoich obowiązków.
Avatar użytkownika
Bajarz
 
Posty: 79
Dołączył(a): 10 lip 2016, o 01:51

Powrót do Nasza twórczość

cron